KULTURA OGLĄDAM

Faworyta czy Green Book – dla kogo Oscar?

Statuetki Oscara 2019

Zauważyłam, że mój blog stał się ostatnio monotematyczny. Ale cóż, zbliżająca się gala Oscarów zobowiązuje. Jeśli tęsknicie za przepisami na pyszne jedzonko, to zapraszam na mój Instagram. Smaczne i kolorowe dania już na Was czekają.

Ale wracając do głównego tematu. W ostatni weekend miałam przyjemność obejrzeć dwa nominowane do Oscarów obrazy. Komediodramat historyczny „Faworyta” oraz przypisany do tej samej kategorii „Green Book”. Filmy łączy oscarowa nominacja na najlepszy film roku oraz fakt, że oba zainspirowane są prawdziwymi historiami. Który jednak bardziej przypadł mi do gustu i dlaczego? Oto moja mini analiza.

Królowa Anna i księżna Marlborough

Na królewskim dworze

Zacznijmy od „Faworyty”, wyreżyserowanej  przez Greka Yorgosa Lanthimosa. Z jego stylem reżyserii miałam okazję zetknąć się po raz trzeci. Lanthimos to twórca specyficzny. Jego obrazy pełne są absurdu, groteski i niepokojących ludzkich zachowań. Dwa poprzednie filmy („Lobser’ oraz „Zabicie świętego jelenia”) można albo kochać, albo nienawidzić. W każdym razie, na pewno nie da się przejść obok nich obojętnie.

„Faworyta” nie odstaje na krok od wspomnianych wyżej tytułów. Cała historia dzieje się w XVIII – wiecznej Anglii na dworze królowej Anny (Olivia Colman). O względy monarchini rywalizują  ze sobą księżna Marlborough, Sarah Churchill (Rachel Weisz), oraz zubożała arystokratka Abigail Hill (Emma Stone). Intryga goni intrygę. Śliskie słówka i fałszywe uśmiechy – oto arystokracja w pełnej krasie. Szala zwycięstwa co chwilę przechyla się to na jedną, to na drugą stronę. Niczego nieświadoma (czy na pewno?) zniedołężniała królowa miota się pomiędzy pragnącymi jej względów kobietami. Podczas finałowej sceny, widz jest już tak zamotany, że sam nie wie kto tak naprawdę wygrał tę rywalizację. Doświadczona intrygantka, młoda służka czy może jednak królowa?

Tony Lip Valleonga i dr Shirley stoją przy niebieskim samochodzie

Dyskryminacja rasowa czyli Ameryka lat 60.

Teraz przeskoczymy na chwilę do Nowego Yorku lat 60. XX wieku, bo to w tym czasie rozgrywa się historia zaprezentowana w „Green Book”. W pierwszej scenie poznajemy drobnego cwaniaczka z Bronxu, Tonego „Wargę” Valleonga (Viggo Mortensen), który stanowczo i bardzo skutecznie pozbywa się niesubordynowanych gości z nocnego klubu Copacabana. Kiedy okazuje się, że przez kilka tygodni będzie bez pracy, postanawia zaczepić się gdzieś indziej. Tak oto trafia do mieszkania dr Dona Shirleya, słynnego pianisty, który szuka kierowcy na dwumiesięczne tournée po południowych stanach. I  nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby muzyk nie był czarnoskóry. W tym czasie w stanach szalała dyskryminacja rasowa, a i sam Tony nie był wielkim miłośnikiem „kolorowych”. Nie mniej jednak pracę przyjął, bo czynsz sam się niestety nie zapłaci.

Królowa Anna i księżna Marlborough

Kostiumy i dworskie rozrywki

Porzućmy na chwilę Amerykę, by ponownie pojawić się na dworze królowej Anglii. Teraz nieco o samym obrazie. Zacznijmy od kostiumów. Te są naprawdę wyborne! Strojne suknie królowej, ciasne gorsety służek oraz pantalony na nogach mężczyzn z miejsca wywołują uśmiech na twarzy. Widać tu celowe przerysowanie w prezentowaniu postaci. A co z rozrywką? Wyścigi kaczek, rzut mandarynką do nagiego celu czy też strzelanie do gołębi – ot zwyczajne popołudniowe zabawy. Do tego bale i objadanie się ciastem do porzygu dopełniają obraz rozpusty. Dodam, że wiele scen nakręconych jest obiektywem typu „rybie oko” lub z tzw. perspektywy żaby, co dodatkowo uwydatnia groteskowość co poniektórych scen. Zaś grająca w tle muzyka fortepianowa oraz niepokojące dźwięki skrzypiec wywołują w widzach ogromne poczucie dyskomfortu. Oj, to nie jest łatwy film.

księżna Marlborough Abigail i królowa Anna

Kobiety górą!

Teraz jeszcze słówko o kreacjach aktorskich. W „Faworycie” bez wątpienia królują kobiety. Olivia Colman perfekcyjnie gra oderwaną od rzeczywistości królową, zaś Rachel Weisz jednym spojrzeniem i z pozoru niewinnymi słowami, niemal u każdego, jest w stanie wywołać poczucie strachu. Mamy jeszcze Emmę Stone w roli pretendentki do bycia najważniejszą, po królowej, damą na dworze. Muszę przyznać, że to jak bardzo na przestrzeni filmu zmieniła się jej postać, zachwyciło mnie najbardziej. Od śpiącego na podłodze usłużnego dziewczęcia po wylegującą się w królewskim łożu damę. Czy początkowe zachowanie  było tylko maską? To jest to nad czym widz będzie myślał jeszcze długo po opuszczeniu kinowej sali.

Tony Lip Vallelonga i dr Shirley jadą samochodem

Przeciwieństwa się przyciągają

I jeszcze raz nasze niech nasze myśli powędrują do Tonego i doktora Shirley.  Jak możecie się domyśleć „Green Book”, to typowy przykład kina drogi, gdzie na początku bohaterowie ledwo się tolerują, by na samym końcu zapałać do siebie prawdziwą przyjaźnią. Jednakże mimo tego prostego schematu, film ogląda się świetnie. Historia opowiedziana jest z humorem, a charaktery obu bohaterów niesamowicie ze sobą kontrastują. Dystyngowany i wykształcony doktor oraz prosty, lubiący fastfoodowe jedzenie imigrant z Włoch. Czyż może być zabawniej?

Tony Lip Vallelonga i dr Shirley piszą list przy stole w fastfoodzie

Czy ma być tylko śmiesznie?

Ale tu nie tylko o zabawę chodzi. Film doskonale ukazuje problemy, z jakimi musieli na co dzień borykać się czarnoskórzy mieszkańcy Ameryki, w okresie dyskryminacji rasowej. Nie ma znaczenia, że grasz w najdroższych miejscach dla najbogatszych ludzi. Jesteś czarny, więc jeść masz w schowku, a swoje potrzeby fizjologiczne załatwiać w stojącym za rezydencją drewnianym wychodku. Ale i tak nie jest źle. Gdyby nie talent muzyczny nasz bohater mógłby wieść smutne życie fizycznego pracownika, którego traktuje się gorzej niż psa. Z drugiej strony poznajemy świat białego imigranta, który jedyne co zna, to prawo pieści i umiejętność dobrego wciskania kitu. Każda okazja na zarobek jest dobra, nawet gdy jest nią zakład o to kto zje więcej hot-dogów na czas. Tony i dr Shirley reprezentują dwa odległe od siebie światy. Z pozoru, bo wystarczy chwila szczerej rozmowy, by dojść do wniosku, że tak naprawdę mają ze sobą wiele wspólnego. Jednak obaj panowie potrzebują czasu, by to zrozumieć.

Tony Lip vallalonga i dr Shirley w garniturach

Tu jest chemia!

Oglądając na ekranie duet Mortenstern – Ali nie mogłam wyjść z podziwu jaka jest między nimi niesamowita chemia. Mortenstern w swojej roli naprawdę zachwyca, a jego kluskowaty, włoski akcent jest przezabawny. Ali zaś perfekcyjnie gra zdystansowanego, za wszelką cenę chcącego odróżnić się od swoich pobratymców, człowieka. To jak panowie zaczynają się przed sobą powoli otwierać i widzieć świat z innej perspektywy jest sednem całego filmu. Po jego obejrzeniu wychodzimy z kina uśmiechnięci, zadowoleni i w pełni usatysfakcjonowani finałem historii. Ale czy to wystarczy, by wyprzedzić „Faworytę” w drodze po Oscary?

Królowa Anna wśród świec

Komu Oscar?

Jeśli miałabym dziś wybierać, który z filmów zdecydowanie bardziej zasługuje na miano najlepszego, to stawiałabym na „Faworytę”. To jest taki film, który wywołuje w widzu silne emocje. Zaskoczenie, radość, niesmak, obrzydzenie czy nawet przerażenie – tak wiele uczuć w jednym obrazie. Role kobiece są mocne i wyraziste, a kostiumy zachwycające. I ta praca kamery! Rybie oko naprawdę robi tu niepowtarzalny klimat.

„Green Book” to film poprawny. Przyjemnie się go ogląda, a temat który porusza jest bardzo ważny i wciąż aktualny. Bohaterowie wzbudzają sympatię, a ich rozmowy bawią i uczą. Wszystko pięknie, ale takich historii widziałam już wiele. Dyskryminacja rasowa, stereotypy, wzajemnie niezrozumienie i szczęśliwy finał. Dobrze, ale nie oscarowo. No chyba, że mówimy o Oscarze za rolę pierwszoplanową. Tutaj stawiam na Viggo Mortensena!

A jakie są Wasze oscarowe typy? Widzieliście któryś w powyższych filmów czy jeszcze wszystko przed Wami? Koniecznie dajcie znać!